BIAŁA ŁECHTACZKA: NIE nierówności, stereotypom i nietolerancji
 
Wszystko, co z tematem związane
FEMINIZM, czyli co dzieje się z połową naszego (i nie tylko naszego) społeczeństwa

MASKULIZM, czyli co dzieje się z drugą połową naszego (i nie tylko naszego) społeczeństwa

ŁAMIEMY NIEZŁAMANE, czyli odkrywanie tajemnic (nie tylko poliszynela)

CZYTELNIA, czyli czytaj

RECENZJE, czyli polecamy książki, filmy, muzykę itd. o tematyce nam bliskiej

SŁOWNICZEK, czyli WIEDZ WIĘCEJ!
Kolekcje
OSÓB ZWIĄZANYCH Z FEMINIZMEM, czyli kto, kiedy i co zrobił

OSÓB ZWIĄZANYCH Z MASKULIZMEM, czyli kto, kiedy i co zrobił

REPREZENTANTÓW SPOŁECZNOŚCI LGBT, czyli sławne persony
Kontakt
KONTAKT z Białą Łechtaczką
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 29
Najnowszy Użytkownik: Joshveins
DYCHOTOMIA KOBIETA/MĘŻCZYZNA w życiu, literaturze i nie tylko
autor pracy: Saule Pavasaris

część 1 TRUDNOŚCI

Trudno jest mi pisać o kobiecie w literaturze bądź kobiecie-pisarce. I to nie tylko przez wzgląd na to, że reprezentuję męską część naszej populacji. Trudno jest pisać o kobiecie w literaturze bądź kobiecie-pisarce w ogóle. Od czego zacząć i jak (a może przede wszystkim: dlaczego?) rozgraniczać powinniśmy literackie wpływy kobiet i mężczyzn? Czy pisarstwo kobiet i mężczyzn różni się od siebie, czy powinno i w jakim stopniu tak się dzieje (dodać należy to tych pytań również odwieczne: dlaczego?). Virginia Woolf jako jedna z pierwszych starała się zabrać za omówienie owych zagadnień, jak i za próbę odpowiedzi na te pytania. Sama potwierdziła, że ciężko jest jednoznacznie rozwiązać owe problemy, dać jasne wytłumaczenie, wyjaśnienie tych nurtujących kwestii, czego dowodem może być jej ponad stuczterdziestostronicowy w przekładzie polskim esej „Własny pokój”. W czym tkwi w takim razie problem, skoro doskonała pisarka, do tego kobieta, sławna już za swoich czasów i nieźle oczytana osoba, znajduje trudności w omówieniu owych zagadnień?
Praca moja może być jedynie próbą naświetlenia i rozjaśnienia tych kwestii, zbyt mało jeszcze informacji i doświadczenia we mnie, bym był w stanie cokolwiek w tej sferze wytłumaczyć. Pomocą będą mi doświadczenia i książki osławionych kobiet (ale nie tylko) oraz rada Virginni Woolf: własny pokój i (chociażby dzisiaj, w chwilach pisania) niezależność finansowa – jednym słowem ujmując: spokój. Trzeba bowiem naprawdę się wyciszyć, odciąć choć na moment od świata nas otaczającego, uspokoić, by wniknąć w obszar tak skomplikowany, jak omawiane teraz zagadnienie, wpłynąć w ten obszar, wtopić się, burząc sferę myślenia dzisiejszych czasów i jakichkolwiek czasów w ogóle, dotrzeć do jakiegoś uniwersalizmu i obiektywnie na tę sprawę spojrzeć, pokonać wszelkie przeszkody, z odmiennością płci na czele.

Z całą pewnością trudno także dojść do jakiegoś porozumienia, kompromisu, jeśli wierzy się zapalczywie jedynie w swoje racje i je propaguje, zamykając uszy na inne głosy w danej sprawie. Mówi o tym Virginia Woolf w eseju „Własny pokój”: „...pisanie z myślą o płci jest rzeczą zgubną. (...) Pisarka, która w swojej twórczości napomyka o doznanych przez kobiety krzywdach, występuje w obronie nawet najsłuszniejszej sprawy i w ogóle przemawia świadomie jako kobieta – przynosi sobie zgubę” . Trudno się z tymi słowami nie zgodzić. Jak dotrzeć do idealnego płciowego kompromisu literackiego autora i narratora, no i w końcu człowieka? O tym później.

część 2 KRÓTKA HISTORIA, CZYLI JAK KOBIETY POSTRZEGANO

Z jednej stronie pisarkom nawołującym do niszczenia męskiego rodu nie mogę się przecież dziwić. Coś musiało przecież na taką sytuację wpłynąć. Co się stało? Pozwolę sobie przypuszczać, że większość ludzkiej populacji, przynajmniej w krajach rozwiniętych, wie doskonale, co się działo i co dzieje się również i dzisiaj. Nagromadzenie nienawiści do mężczyzn, charakterystyczna dla niektórych pisarek mizoandria, jest odpowiedzią na to, co działo się przez całe tysiąclecia z osobami płci żeńskiej. Nie chcę tutaj dociekać bezpośrednich, być może prywatnych, przyczyn powstania mizoandrii w niektórych odłamach feminizmu i jakiejś części kobiet homoseksualnych, więc się od tego odradzam już na wstępie. Natomiast tradycja kultury androcentrycznej niewątpliwie wpłynęła negatywnie na postrzeganie świata przez kobiety, zwłaszcza wykształcone i w pełni świadome. Z pewnością, temu zaprzeczyć nie można, mężczyźni musieli stracić szacunek i poważanie przez lata uciskania, pomniejszania wartości, a nawet odmawiania człowieczeństwa, jakie fundowali co dzień swoim małżonkom i innym kobietom. Nie dziwi, że kobiety wpadały niekiedy nawet w androfobię. Jaka była przyczyna powstania patriarchalnego świata, w którym mężczyzna niby Słońce umieszczony jest w środku Uniwersum i w którego świetle wszystko blednie i zanika? Niewątpliwie wynika to z natury samej... natury, czyli przyrody. Prawo silniejszego działa w świecie od początku jego istnienia. To, co większe, mocniejsze, przyćmiewa swą siło to, co mniejsze, słabsze i zabija je bądź podporządkowuje. Tak było z człowiekiem, odziedziczył on tę zasadę od swych zwierzęcych przodków, najpewniej małp. A więc mamy człowieka, który dzieli się (podział najprostszy i chyba najbardziej widoczny) na mężczyznę i kobietę (bądź kobietę i mężczyznę). Pierwotny mężczyzna to wszystko, co silne, mocne, tęgie, solidne, krzepkie, a pierwotnie te cechy były przecież najważniejsze. Trudno się dziwić temu, że to mężczyzna zdobył najważniejszą pozycję w przedhistorycznych „rodzinach”, bo to on mógł ewentualnie obronić swą „rodzinę” (stado, zgromadzenie) przed atakiem, dajmy na to, tygrysa, czyli śmierci doraźnej, natychmiastowej, bezpośredniej. A – jak wiadomo – im bardziej spektakularny czyn, tym większy mu się podziw i szacunek oddaje. Kobiecie, która chroniła swą pierwotną „rodzinę” (stado, zgromadzenie) przed śmiercią mniej bezpośrednią, mniej widowiskową, poprzez zapobieżenie na przykład śmierci głodowej swego potomstwa, oddawano tego szacunku mniej. Poza tym, kobieta kojarzona była (i temu też trudno się dziwić, bo takie są jej fizyczne uwarunkowania) z czymś słabszym, delikatniejszym, bardziej kruchym, czymś (kimś), co (kogo) należy chronić, ukryć w domu (szałasie, ziemiance), by osłonić od niebezpieczeństwa. Tak było w czasach przedhistorycznych. A potem? To Potem uwarunkowała typowa ludzka przywara – przyzwyczajenie. Kiedy ludzie zaczęli się formować w społeczności, tworzyć osady, miasta, państwa, zwyczaje kobiet i mężczyzn nie uległy zmianie. Kobiety przyzwyczajono do tak zwanego „siedzenia w domu”, w końcu one same chyba w większości do tego nawykły, bo ciężko (albo po co?) cokolwiek zmieniać. Mężczyźni (kiedy wybite zostały wszystkie tygrysy w okolicy oraz inne lwy i lamparty) przenieśli swe zainteresowania na mniej niebezpieczne, choć wciąż widowiskowe (i mieszczące się poza domowymi pieleszami) sfery życia: politykę, pracę. Chrześcijaństwo jedynie utwardziło te przekonania, ciepły wosk przyzwyczajeń włożyło do zimnej wody zasad i doktryn. Naprawdę nie wiem, dlaczego rozwijającemu i rozpowszechniającemu się chrześcijaństwu i jego dzieciom (z katolicyzmem na czele), tak bardzo zależało na obniżeniu wartości kobiet. Czyżby wszystkiemu winna była Ewa, archetyp kobiety (kobieta to Ewa, utożsamiana z kuszeniem i grzechem: to ona posłuchała Węża-Szatana, skusiła męża swego Adama, by zjadł jabłko i tym samym popełnił grzech niewierności wobec Boga; tylko dlaczego Ewa to symbol grzechu, a Adam nie jest symbolem bezwolności myślenia i kompletnego debilizmu, bo właściwie co zrobił Adam, żeby zapobiec grzechowi?)?. Prawdopodobnie tak, bo to przecież mężczyźni pisali Biblię (czy pod natchnieniem, czy nie, to już kwestia indywidualnej wiary). A najłatwiej, kolokwialnie się wyrażając, zwalić winę na tych, którzy mają najmniej do gadania – czyli „siedzące w domu” kobiety. W ten sposób sytuacja kobiet jeszcze bardziej się pogorszyła. Czasy scholastyki dopełniły wszystkiego, przyzwyczajenia i tradycje uległy całkowitemu skostnieniu. No i mamy jeszcze świętego (sic!) Tomasza z Akwinu, mędrca Kościoła (sic!): „Zarodek płci męskiej staje się człowiekiem po 40 dniach, zarodek żeński po 80. Dziewczynki powstają z uszkodzonego nasienia lub też w następstwie wilgotnych wiatrów”, „Wartość kobiety polega na jej zdolnościach rozrodczych i możliwości wykorzystania do prac domowych”, „Kobiety są błędem natury... z tym ich nadmiarem wilgoci i ich temperaturą ciała świadczącą o cielesnym i duchowym upośledzeniu... są rodzajem kalekiego, chybionego, nieudanego mężczyzny... Pełnym urzeczywistnieniem rodzaju ludzkiego jest mężczyzna”; świętego (sic!) Augustyna, ojca Kościoła (sic!): „Kobieta jest istotą pośrednią, która nie została stworzona na obraz i podobieństwo Boga. To naturalny porządek rzeczy, że kobieta ma służyć mężczyźnie”; świętego (sic!) Ambrożego, mędrca Kościoła (sic!): „Kobieta winna zasłaniać oblicze, bowiem nie zostało ono stworzone na obraz Boga”, „Cała płeć żeńska jest słaba i lekkomyślna. Uświęcona zostaje jedynie poprzez macierzyństwo”; Piusa II, papieża Kościoła (sic!): „Kiedy widzisz kobietę, pamiętaj, to diabeł! Ona jest swoistym piekłem!” . Dużo duchownych kościoła katolickiego mówi o tym, że godność kobiety została w najwyższym stopniu uznana i „wylansowana” przez kult Maryjny. Nie mają oni chyba pojęcia, że sam kult Maryjny nie był pierwszym w świecie kultem kobiecym, że chrześcijański kult Maryjny opiera się i czerpał inspirację z innych religii, poza tym wyżej wymieniona „godność kobiety” była o wiele bardziej ceniona w innych, wcześniejszych religiach i tradycjach, niż w katolicyzmie (żeby długo się nie zastanawiać: na przykład u Celtów). A z całą pewnością przez katolicyzm skrystalizowała się podstawowa dychotomia w postrzeganiu kobiety (i to wspaniale wylansowana dychotomia, trwająca w świadomości wielu ludzi po dziś dzień): uświęcone dziewice i obdarzane czcią oraz opieką matki z jednej strony, a z drugiej: kobiety-podludzie, wyrzucone poza nawias patriarchatu kobiety-siedliska grzechu, kobiety które „osiągają zadowolenie nie tyle realizując swoje potrzeby, ile grzesząc” , kobiety uznawane za nienormalne, szalone, czarownice i za prostytutki, kurwy godne przywiązania szyi do kamienia i wrzucenia w ciemną otchłań akwenu (byle jak najgłębszego). I w ten sposób doszło do tego, że katolicyzm, jako wiara niemal globalna, wykluczył globalnie kobiety z życia (mówię tu o życiu jako aktywnej działalności na wszystkich polach naszej egzystencji). Bo któż tworzył wojny, kreował politykę, rządził splamionym krwią niewiernych i naznaczonym wieloma obyczajowymi skandalami Watykanem i całym Kościołem, jak nie właśnie mężczyźni. Odsunięcie kobiet od działalności społecznej było przemyślanym posunięciem, kobiety nie mogły w końcu ani się kształcić, ani wspinać po drabinie społecznych awansów, bo jakże to uczynić, skoro kobieta, która nie ma dzieci, jest symbolem zepsucia i nienormalności, a kobieta-matka, pozbawiona pomocy męża (bo któryż mąż będzie siedział w domu nad kołyską, skoro szykuje się ciekawa Wyprawa Krzyżowa?) musi siedzieć w domu i wychowywać przyszłych wojowników (dla których świat granic nie ma) i przyszłe matki (których świat zamknięty jest w czterech zewnętrznych ścianach ich domostw). Ogłupiane coraz bardziej kobiety i ich zniewolone umysły tkwiły w śmietanie mgły. Autorytety Europy (zawsze męskie) wypuszczały wciąż to nowe przysłowia i „mądrości” nakazujące kobietom odpowiednie zachowywanie się i wskazujące przysługujące im miejsca w świecie (by wymienić chociażby Napoleona Bonaparte: „Lepiej żeby kobiety obracały igłą niż językiem”). Kapitalizm dopełnił ciężkiej sytuacji, bo kobiety, pozostające na utrzymaniu męża, nie posiadały własnego dorobku i wkładu majątkowego, by zaistnieć na rynku i zarabiać pieniądze. Odsunięte na dalszy plan życia w ogóle, kobiety stały się niczym zniewolone zwierzęta domowe, wymagane do prokreacji, potrzebne do rozrywki, konieczne do ozdoby domu i uznania „normalności” mężczyzny.

część 3 MIT WOJNY, SAMCA, CZYLI HOMOSEKSUALNOŚĆ MĘSKICH SZOWINISTYCZNYCH HETEROSEKSUALISTÓW

Ta krótka historia rodu kobiecego przedstawia się niezwykle przygnębiająco. Nie będę pisać o wieku XIX i XX, kiedy kobiety otrzymywać zaczęły swoje prawa, częściej pisały książki i zaczynały pracować na tak zwany „własny rachunek”. Chciałem wskazać tylko, że pisarski i feministki ostro i zapalczywie krytykujące mężczyzb, mają prawo pisać tak, jak piszą, czy to podzielam czy też nie. Jedyne co mogę powiedzieć, to to, że agresja rodzi agresję, a mizoandria – mizoginię, i tak w kółko. Zaklęty okrąg wzajemnych stosunków damsko-męskich trwa do dzisiaj, od tradycji androcentrycznej do skrajnego feminizmu, by przejść w (powstały ostatnimi czasy jako dopełnienie feminizmu) maskulizm. Trudno winić za te przekładaną z rąk do rąk nienawiść naturę i atawistyczne pojmowanie świata: „Kto silniejszy, ten lepszy”, a przyzwyczajonym do ciekawszego trybu życia i wyższych stanowisk społecznych mężczyznom trudno było zrzec się swoich praw. Oczywiście, tradycja androcentryczna była zła, niepełna i niesprawiedliwa. Niezrównoważone pierwiastki żeński i męski doprowadziły do licznych katastrof. Na pewno byłoby mniej bitew i rzezi, gdyby i kobiety mogły mieć wpływ na to, czy daną wojnę trzeba wywoływać, czy też nie. Nie chce odwoływać się do stereotypów i uogólniać: „Kobiety są łagodne, ciche”, ale są z pewnością pewne cechy psychiki, które kobiety i mężczyzny dzielą. W każdym razie od zawsze (oprócz chyba mitu walecznych Amazonek) wojna była domeną mężczyzn. Trzeba przyznać rację tezie, że nie ma takiego konfliktu, którego nie można byłoby rozwiązać rozmową i uniknąć wojny i rozlewu krwi na taką skalę, jakich doświadczał świat w dziejach swojej historii. Dlatego można zaufać spostrzeżeniu, że wojny z zasady są głupie i bezmyślne. Bo czyż zabijanie, gwałcenie i grabież nie są złe, ale przede wszystkim głupie i bezmyślne, prowadzone przez ludzi albo tępych, nierozgarniętych, pozbawionych wyobraźni, albo których dotknął jakiś chory fanatyzm czy po prostu obłęd? Trzeba posiadać jedynie elementarną fantazję, by domyślić się, co wywołanie wojny może przynieść. Jednak ludzie tej fantazji, wyobraźni są wyraźnie pozbawieni. Przypomnijmy sobie scenę z powieści „Przeminęło z wiatrem” Margaret Mitchell (kobiety!!!): sytuacja tuż po rozpoczęciu wojny za Konfederację. Szczęśliwi i upojeni radością ludzie tańczą i bawią się, bo oto rozpoczęła się wojna. To jeden obrazek. Potem następuje drugi. Wojna trwa, ludzie już nie tańczą, jakoś już im nie do zabawy czy śmiechu, teraz płaczą, zwożą z frontu swoich „synów” – pokaleczonych, pokiereszowanych czy nawet martwych. Gdzie była wyobraźnia tych „synów”, co tak chętnie się na tę wojnę zapisywali? Klasyczny dowcip: „- Chce ci się iść na tę wojnę? – A co? Postrzelam sobie, porzucam granatami, zarobię. – A nie boisz się, że oni będą strzelać? - A w kogo? We mnie?!” nabiera w tym momencie głębszego sensu i pozwala odkryć tajniki takiego prostego myślenia. Od wieków z dumą utwierdzana w naszych umysłach prawda: „Wojna to męska rzecz” zaczyna się przestawiać jako abstrakcyjna nagroda (!), przeznaczona jedynie dla mężczyzn (za to chyba jedynie, że mężczyznami po prostu się urodzili), która przynosi im niebagatelną chwałę i powinna wzbudzać szacunek do nich. Bo „mężczyzna to może zabijać”, jest niejako przeznaczony do zadawania śmierci w imię czystej, dokładnie wysterylizowanej z wszelkiej materialności abstrakcji (patriotyzm, niepodległość, zapłata za zdradę, nieposłuszeństwo) i nie ponosi za to żadnych konsekwencji. A kobieta może tylko przytaknąć i (koniecznie!) opatrzyć wszystkie rany, których bohater nabawił się podczas szlachetnej bitki. Na to wszystko moglibyśmy spojrzeć z sardonicznym uśmieszkiem na twarzy, gdyby działo się to dawno temu („dawno i nieprawda”). Niestety, tak zabawnie nie będzie. Z przykładem przychodzi nam literatura z terenów południowosłowiańskich. Tamtejsza literatura po roku 1989 pokazuje, że stereotypy wciąż żyją i zawierają w sobie nie ziarno, ale całe cysterny prawdy. Po śmierci komunizmu w Europie na Bałkanach wybuchła wojna, z czego doskonale wszyscy chyba zdają sobie sprawę. No i skąd się ta wojna znowu wzięła? Z wydumanej próżności, kłamstwa i kolejnych znajomo brzmiących, ale nigdy nieujrzanych abstrakcji. Dubravka Ugrešić pisze: „A ponieważ na tych przeklętych Bałkanach każde kłamstwo staje się w końcu prawdą, a każde wypowiedziane słowo – rzeczywistością, zaledwie w kilka lat później dojdzie do męskiej, z psychoanalitycznego punktu widzenia – głęboko homoseksualnej wojny” . Ugrešić z rozgoryczeniem mówi: „przeklęte Bałkany” w akcie bezsensownej już próby wskazania winnych, ale Bałkany te stają się symbolem realiów całego świata. „Głęboko homoseksualną wojnę” i przeświadczenie o (paradoksalnej, ale jak się okazuje, niezwykle prawdziwej!) homoseksualności męskich szowinistycznych heteroseksualistów Dubravka (jako wykształcona kobieta, pisarka i feministka) odziedziczyła po Virginni Woolf. Virginia pisze: „Kobieta od niepamiętnych czasów grała wobec mężczyzny rolę zaczarowanego zwierciadła, ukazującego mu własny wizerunek wyolbrzymiony do ponadnaturalnych rozmiarów” . Abstrahując w tym momencie od tego, co Woolf twierdzi w powyższym cytacie o kobietach, skupmy się na tym, co mówi o mężczyznach. Mężczyźni, według Woolf, mają manię na punkcie wyolbrzymiania swojego wizerunku, na punkcie swojej (rzekomej) wielkości, siły i wyższości nad kobietami. O pewnym profesorze Virginia tak pisze: „z przesadną żarliwością dowodził niższości kobiet, chodziło nie tyle o wykazanie ich niższości, ile o podkreślenie własnej wyższości” . Czy nie odnajdujemy w tych zarzutach odrobiny ogólnej prawdy o mężczyznach? Nie chce się w tym momencie samobiczować i autooskarżać, staram się pisać i wysnuwać wnioski jako osoba absolutnie trzecia, próbuję przynajmniej stanąć z boku i zająć miejsce obserwatora. Czy rzeczywiście mężczyźni nie powiększają swoich postaci i nie pomnażają swoich szlachetnych uczynków i ciężkich doświadczeń? Oczywiście, każdy/każda z nas jest w jakiejś części próżny/próżna, to ludzka cecha. Jednak u mężczyzn jest to bardzo charakterystyczne. Ciągłe rozmowy o swojej „męskości”, „Ja mam dłuższy penis od Romana” (brakuje jedynie” „...a Roman jest impotentem”) albo „Ze mną Jola przeżyła trzy orgazmy”. Analogiczna sytuacja wynika, gdy następuje porównanie mężczyzn. „Prawdziwy mężczyzna” A mówi do „prawdziwego mężczyzny” B o „nieprawdziwym” (najwidoczniej) trzecim mężczyźnie C, który, przynajmniej według dwóch pozostałych, mężczyzną już nie jest: „On to jest baba”. I tak wysuwa się na prowadzenie w hierarchii społecznej Prawdziwy Mężczyzna, tzw. Samiec, który łączy w sobie wszystko to, co męskie (czytaj: pozytywne, najlepsze, prawdziwe, najbardziej szlachetne i jedyne do przyjęcia). Taka idea Samca jest, jak podaje Dubravka Ugrešić, bardzo rozpowszechniona w krajach południowosłowiańskich (jakkolwiek, podany niżej cytat Dubravki można odnieść do innych krajów, w których mit walecznego i silnego Samca wciąż żyje i miewa się całkiem dobrze): „Homo balkanicus, jugo-mężczyzna, nie istnieje jako pojedyncza jednostka. Rzadko kiedy pojawia się jako odosobniony egzemplarz, osoba, indywiduum, on – to najczęściej grupa mężczyzn. Męski mieszkaniec krajów południowosłowiańskich wychowuje się w grupie, w grupie dorasta, w grupie żyje. Męska grupa to dla niego naturalne otoczenie, bez niego zdycha jak ryba bez wody. ‘Dzielnie z nas chłopcy, pijąc trzymamy się na nogach’ – oznajmia refren jednej z popularnych piosenek zagrzebskich. Jugo-mężczyźni idą przez życie mając takie poczucie, jakby się stale trzymali za ręce. I dlatego współcześni zwolennicy maskulinizmu w swoich poszukiwaniach utraconej tożsamości mężczyzny nie muszą jechać do Nowej Gwinei. Zahartowana w ogniu męska tożsamość czeka dosłownie tutaj, pod nosem” . A więc, prawdziwi Samce trzymają się w grupach. Bo, tak szczerze mówiąc, kto wytrzymałby to ich idiotyczne gadanie, jeśli nie zbiorowisko innych klasycznych Samców? Ugrešić ponownie jednak zwraca uwagę na bliskość, już ich tak nazwijmy, Samców, bliskość, która łączy ich i zbliża ze sobą. Bez tej bliskości „umierają jak ryba bez wody”. I tutaj uwidacznia się wspomniana przeze mnie (jak pozwoliłem sobie owe zagadnienie nazwać) homoseksualność męskich szowinistycznych heteroseksualistów. Owi osobliwi Samce rzeczywiście potrzebują kobiet by, jak mówiła Woolf, na ich słabości fizycznej pokazać swą tężyznę, siłę, moc. Konieczni są również dla nich mężczyźni, którzy nie do końca pasują do ich wizerunku, ci słabsi, o bardziej liberalnych (istnieje również w Polsce taki zabawny mit, że wszystko co liberalne wzięło się z feminizmu i łączy się bezpośrednio z kobietami, czyli tym, co słabsze, gorsze i wybujałe) poglądach, bo w ich postaciach mogą odbijać swoje nader rozwinięte mięśnie (symbolizujące „zdrową” męskość), ogólną wyższość fizyczną (dodajmy niski tembr głosu, twarz lombrozowskiego typa, trzy słowa: „Spierdalaj, ty pizdo!” – bo żeńskim organem płciowym zwykło się nazywać inny od Samca model mężczyzny) i „normalne”, konserwatywne poglądy („który ‘gość’ chciałby oddać swoją, należną przecież, pozycję społeczną jakiejś głupiemu feministycznemu babochłopowi albo pedałowi?”). Tak więc wykrystalizowali nam się jedyni godni poważania silni mężczyźni, Samce, którzy rzeczywiście tworzą jakąś mocno zwartą grupę, trzymają się razem. Łączy ich przeważnie przyjaźń „na śmierć i życie”, razem są w stanie obalić dziewięć butelek wódki (to jest wyczyn!) i zjarać cztery wiadra zioła (już widzę, jak sobie to wpisują w CV pod nagłówkiem: OSIĄGNIĘCIA!). Oczywiście trochę generalizuję, ale nie skłamię, jeżeli dodam, że łączy ich przede wszystkim wzajemna fascynacja męskością, tym, co odwiecznie wielkie, silne, „mądre”, jedyne, prawdziwe, tradycyjne, nieomylne, twarde, odporne, na czym, niby na Piotrze Opoce, zbudowany został i opiera się po dziś dzień nasz świat („bo gdyby patriarchat był zły, to przecież ludzie by wyginęli, no nie?”). No i ostatni, ale nie najmniej ważny, wyznacznik ich „genialnej” męskości: nienawiść i nieufność do kobiet i słabszych mężczyzn. Ten charakteryzujący ich, swoisty homoseksualizm (uwielbienie poliandryczne, ukochanie męskości) jest naprawdę niezwykły i do granic możliwości paradoksalny.

część 4 WYCHOWANIE, CZYLI W JAKI SPOSÓB TWORZYMY SOBIE NOWYCH BRUTALI

Z tej męskości Samców, z którą w dzisiejszych czasach zaczynają sobie chyba nie radzić (bo stała się „nie na czasie”, niepraktyczna – bo mamy kapitalizm i promowane jest jak najbardziej wolne i elastyczne myślenie, oraz coraz bardziej otwarcie wyśmiewana), wypływa jeden bardzo ważny problem, a mianowicie problem przemocy fizycznej i psychicznej, do jakiej rzeczeni Samce odwołują się, niestety, bardzo często. W samej Polsce co trzecia kobieta otwarcie (OTWARCIE!!!, pomyślmy o kobietach, które wstydzą się albo boją o tym mówić! Wyobraźmy sobie więc pełną liczbę takich kobiet!) przyznaje, że jej partner ją maltretuje (fizycznie bądź psychicznie). Jak widać, nasi Samce muszą posłużyć się biciem i krzykiem, by doprowadzić do „porządku” osoby z otoczenia, które stają się ich podwładnymi. W ten sposób Samce stają się niemal władcami, królami ułożonego podle własnych zasad życia. A kobiety? Vedrana Rudan, współczesna chorwacka pisarka, w swej książce „Miłość od ostatniego wejrzenia” (której pierwsza strona „udekorowana” jest znamienną sentencją: „Moim polskim siostrom, które zabiły męża”) daje świadectwo tego, co czuje kobieta maltretowana fizycznie i psychicznie przez swojego męża. Dzięki tak zwanemu strumieniowi świadomości, przedstawiła odczucia kobiety w takiej sytuacji w sposób zupełnie naturalny, realny, unika zbędnych ozdobników, często używa wulgaryzmów i nieprzyzwoitych opisów. Wszystkie te zabiegi potrzebne są, by mówić o tej sprawie otwarcie, bez bezużytecznych sformułowań, które mogłyby zasłonić istotę sprawy – prawdziwą przemoc. A więc, jak dochodzi do tego, że – zanim mężczyzna podniesie po raz pierwszy raz rękę na swoją „samicę” – kobieta w tak silny sposób podporządkowuje się mężczyźnie. Oczywiście, jest to spuścizna naszej tradycji. Warto również zaznaczyć, że wspomniany kapitalizm, który burzy wizerunek silnego Samca, źle również oddziałuje na kobiety, które do tej pory mniej zarabiają niż mężczyźni, rzadziej są zatrudniane i w obiegowym myśleniu są mniej produktywne (ciąże, macierzyństwo, migreny, klimakterium, huśtawka nastrojów). Rudan w jednym ze zdań w swojej książce: „Zawsze prasowałam ja, on nigdy, myślałam, że to mój wybór, nie obowiązek” obnaża prawdę mechanizmu powstawania uzależnienia kobiet od mężczyzn. Rzeczywiście tak jest, że stereotypowa kobieta jest bardziej emocjonalna, wrażliwa, podatna na uczucia a mniej podatna na praktyczne myślenie. Dlatego bohaterka, wykonując tak prostą czynność, jak prasowanie koszuli swego partnera, nie zdaje sobie sprawy, że w rzeczywistości coraz bardziej się od niego uzależnia. Ona prasuje koszulę, robi to jedynie z miłości, a przede wszystkim – z własnych chęci. U jej partnera jednak czynność przez nią wykonywana ma inne znaczenie: kobieta jest przyzwyczajana do tej pracy, sam mężczyzna przyzwyczajany jest do świeżych, lśniących i wyprasowanych koszul. W ten sposób dwa toki myślenia wychodzą od jednej czynności, ale idą zupełnie innymi drogami. Pisze o tym postrzeganiu rzeczywistości Virginia Woolf w eseju „Trzy Gwinee”: „A zatem „my” (kobiety – przyp. aut. pracy) – przy czym mówiąc „my” mam na myśli pewną cielesno-umysłowo-duchową całość, którą ukształtowały określone tradycje i pamięć historyczna – musimy się pod wieloma istotnymi względami różnić od „Was” (mężczyzn – przyp. aut. pracy), których cielesność, umysłowość i duchowość kształtowały odmienne tradycje i odmienna tradycja historyczna. Widzimy tę samą rzeczywistość, ale patrzymy na nią innymi oczyma.” Tak więc wypreparowaną przez tradycję i niemalże ogólnoświatowy androcentryzm dychotomię: kobieta-mężczyzna doskonale potrafią wykorzystywać Samce, o których mówiliśmy powyżej. Wytworzyli oni pewną upokarzającą formę niedoli i obdarzyli nią kobiety, zamknęli je w czterech ścianach własnych domów, zabraniając dostępu do zabaw, nauki i pracy (poza granicami domostwa!), zarabiania własnych pieniędzy, coraz bardziej je zniewalając, a wszystkie te czynniki zabetonowali silną zaprawą katolicyzmu, ograniczeń obyczajów i dobrego smaku oraz prawnymi ustawami. W ten sposób kobieta zmuszona była niejako do odgrywania przeznaczonej jej roli, a każde uchybienie mogło być, ba!, musiało być karcone, by kobiety zbytnio się nie „rozochociły”, by spełniały powierzone im zadanie (często zmuszane do tego nawet przez inne, zaślepione androcentryzmem, kobiety), a nie przynosiły wstydu bądź nie lekceważyły pokładanych w nich nadziei (o samych pokładanych w kobiecie nadziejach doskonale pisała Dubravka Ugrešić w swej książce „Stefcia Ćwiek w szponach życia”). I w ten sposób dochodzi do tego, że „w najbardziej radykalnej wersji kobiety są jedynie macicami zapładnianymi przez mężczyzn, by urodziły nowych ludzi i nowe macice. Nie mają prawa do własnej opowieści, uczuć, podmiotowości.” A w końcu kobiety przyzwyczaiły się do swojej roli, uległy przemianie, swoistej mimikrze, wtopiły się w przyjęte środowisko, ugięły pod zasadami i w nich tkwiły i tkwią w dużej mierze po dziś dzień. Bicie przez męża nierzadko traktowane jest jako kara za uchybienie w swych codziennych obowiązkach. Przemoc i agresja w rodzinie przyporządkowana jest „złemu nastrojowi ojca bądź partnera”, a powody mogą być przecież niebywale liczne, poczynając od znanego polskiemu środowisku sloganu reklamowego: „Bo zupa była za słona” („Czemu pralka za tyłkiem, czemu wieszak na drzwiach łazienki, czemu wanilia, a nie cytryna, czemu fioletowe kwiatki, czemu, czemu? Otóż dlatego, o my głupie krowy, dlatego że ważymy mniej kilogramów, jesteśmy niższe, cichsze, łatwiejsze, dlatego, że urwą nam głowę...” ). Kobiety w większości wypadków wciąż stoją na odgórnie ustalonej niższej pozycji. Jako że nie są na tyle silne fizycznie, prawie zawsze przegrają pod względem fizycznym z mężczyzną. Tak jest w życiu codziennym. Nie inaczej jest w warunkach ekstremalnych, takich jak wojna. Mężczyźni, z dumą wysyłani na wojny jako „szlachetni obrońcy państwowości”, „honorowy miecz zwrócony przeciwko tym, którzy znęcają się nad słabszymi” (trudno o większy paradoks!), „synowie ojczyzny w walce o jej niepodległość” wychowywani są w wierze, że rzeczywiście wojny, mordowanie, fizyczne zagłuszanie przeciwnika to jedyny sposób na rozwiązanie konfliktów. Niemało w tym winy ma również tradycja: mit rycerskości i mężczyzny-żołnierza. Nierzadko również i kobiety „przekonywały mężczyzn, że wojna przynosi im chwałę, a ranni na polu walki zasługują na najwyższą troskę i uznanie swoich sióstr” . Etos rycerski (dzisiaj: żołnierski) święcił swe tryumfy i robi to z powodzeniem nadal. Nawet dzisiaj wciąż istnieje coś tak niedorzecznego, jak mit mundurowego („jakie morowe z nas chłopaki!”). Woolf pisze, że strój wojenny (mundur) ma „dodawać żołnierskiemu rzemiosłu pozorów majestatu i przyciągać młodych ludzi w szeregi armii, działając na ich próżność” („w rzeczywistości czyni z wojaka „komiczne, prymitywne i niesmaczne widowisko” ). Czy wciąż nie jest tak samo? Jakże często ujrzeć można dumnie wypinającego okutaną w mundur koloru khaki pierś dziewiętnastolatka z ogorzałą twarzą, który właśnie otrzymał wymarzoną przepustkę. Każdy, kto choć raz był na tak zwanej żołnierskiej Przysiędze, mógł sam ujrzeć szczęśliwe i spełnione łzy matek (wypełniły się ich marzenia o dzielnym synu-wojaku) i usłyszeć dumne pomrukiwanie ojców (nareszcie mój syn stał się – cokolwiek miałoby to znaczyć – prawdziwym mężczyzną). Młody człowiek w wojsku primo: dostaje przyzwolenie na zabijanie, secundo: zostaje niejako popychany przez rzeszę matek i ojców do tego, by dał dowód swojej „męskości”, która jednoznacznie łączy się z wybujałą seksualnością (odwrotnie niż w pokładanych w dziewczętach nadziejach) i zuchwałą chęcią fizycznej przemocy („bo kto nigdy nikomu nie dał w mordę, ten mężczyzną zwać się – no przecież! – nie może”). Wciąż na nowo tworzymy sobie własne piekło, ogłupieni przez nonsensowną tradycję i przyzwyczajenia, kreujemy na własną niekorzyść następne zniewolone i nierozumne kobiety oraz ociekających przemocą fizyczną i psychiczną mężczyzn. Przenieśmy się jednak wreszcie do wspomnianej sytuacji prawdziwie ekstremalnej, jaką niewątpliwie jest wojna. W tym wypadku wady, przywary, niedociągnięcia ludzi zwiększają się niepomiernie, ulegają spotężnieniu, otrzymują bezdenną głębię, mechanizmy negatywnego działania nabierają ostrzejszego kolorytu, wszelkie hamulce i zasady moralne, religijne padają. Bo i też jakże wymagać w takich warunkach choćby okruszka maksymalizmu moralnego, choćby jego najbledszego cienia...? Prawda o człowieku zostaje odarta z wszelkich kłamstw, hipokryzji, wyolbrzymień i pomniejszeń, stoi naga pośród nicości, wystawiona na ocenę następnych pokoleń. Prawda o mężczyznach, którzy do wojen, co nie ulega choćby najmniejszej wątpliwości, przyczynili się najwięcej, również zostaje odkryta. Tak pisze o tym Ugrešić: „Sprawcami odpowiedzialnymi za wojnę w byłej Jugosławii, jak zresztą za każdą wojnę, są jednak mężczyźni. To mężczyźni wymyślili i wywołali wojnę, mężczyźni wymyślili i wywołali wojnę, mężczyźni brali w niej udział.” Tak jest i temu niepodobna zaprzeczyć. Mężczyźni wywoływali wojny i sami brali w nich udział, sami się nawzajem zabijali, ranili, wpędzali w psychiczne choroby. Wszystko byłoby jeszcze w miarę sprawiedliwie, gdyby obszar mężczyzn i ich wojen umieszczone były na jednej półkuli naszego globu, a sfera kobiet i ich tak zwanego „siedzenia w domu”, na drugiej. Światy te jednak współistnieją. Jaka więc była sytuacja kobiet podczas wojen? Była i, dodajmy, wciąż w większości wypadków, jest? Kobiety więc, nolens volens, uczestniczyć w tych wojnach w jakimś stopniu musiały. Bezwolnie wciągnięte w wojenny zamęt mogły jedynie bezgłośnie się mu sprzeciwić, ale całkowicie poddać. Sytuacja kobiet podczas ostatniej wojny w byłej Jugosławii niech będzie jakimś wyjaśnieniem: „Po kilku dniach kobiety z Chorwacji i Bośni ruszyły do Belgradu, gdzie czekały na nie kobiety z Serbii. Wszystkie miały zebrać się przed sztabem generalnym armii jugosłowiańskiej, wówczas już byłej. Kobiety niosły w rękach swoje jedyne przesłanie: małe fotografie synów. Generałowie, zrozumiawszy po raz pierwszy, że kobiety to jednak połowa wszystkich mieszkańców, brutalnie udaremnili spotkanie. Żołnierze zablokowali drogi prowadzące do Belgradu i kobiety poniżone wróciły do domów” . Kobiety w powyższym cytacie przedstawiają się jako jednolita masa, kobiety z Chorwacji i Bośni oraz Serbii to tylko sztuczny podział tego, co zupełne same w sobie i niepodzielne – kobiet właśnie. Tamte kobiety nie zważały na groźbę nadchodzącej domowej wojny, nie myślały o sobie: „my, Chorwatki, wy, Serbski”. Ich protest urasta do kosmicznej rangi ponadczasowego symbolu. Tamte kobiety zjednoczyły się nie w państwowości, narodowości, wyznaniu, ale odwiecznej przynależności do rasy ludzkiej i kobiecej, jak również do tego, że są przede wszystkim matkami („Jesteśmy matkami, nie narodowością” – krzyczały podczas protestu w Sarajewie jesienią 1991r) i cierpią, gdy ich dzieci wysyła się na pewną śmierć z tak błahego i niepoważnego powodu, jak abstrakcyjna przynależność państwowa. Czyż życie i rozwój nie są ważniejsze od pusto brzmiących haseł i nawoływań do brutalnej przemocy? Byli Jugosłowianie najwidoczniej nie podzielali tego zdania. A chyba najbardziej niesprawiedliwie traktowano i traktuje się w takich sytuacjach kobiety. Nie dość, że zupełnie się ich nie słucha i pomija ich głosy i nawoływania („Żołnierze zablokowali drogi prowadzące do Belgradu i kobiety poniżone wróciły do domów”), to jeszcze – zupełnie niewinnie, bo to nie ich wojna – zostają bardzo pokrzywdzone. Świadectwa gwałtów, jakich dokonywali postjugosłowiańscy mężczyźni na postjugosłowiańskich (jakie to nazewnictwo jest paradoksalne i absurdalne) kobietach podczas ostatniej wojny (jak i inni mężczyźni na innych kobietach podczas innych wojen) są ogólnie znane i udokumentowane. Jak pisze znowu Ugrešić: „Okrutnie gwałcić się będzie Bogu ducha winne kobiety, a ich ciała posłużą mężczyznom za medium” i dalej: „Kobiety straciły w tej wojnie domy, dzieci, mężów. Kobiety były w tej wojnie gwałcone. Najpierw jedni mężczyźni, potem często właśni mężczyźni („Z rozbitej szklanki się nie pije”), jeszcze później obce media i media lokalne... w takiej chwili o wygnane kobiety i zgwałcone kobiety oraz ich dzieci troszczą się... inne kobiety. Nie mężczyźni. Mężczyźni mają ważniejsze sprawy” . Krystalizuje się więc nam samoistnie teza, że kobiety są podczas wojen najbardziej pokrzywdzone, bo najbardziej niesprawiedliwie. Najbardziej na wojnach zależy mężczyznom: „Walka najwidoczniej przynosi mężczyznom jakiś rodzaj chwały i zadowolenie, zaspokaja jakichś potrzeby i aspiracje, które są nam (kobietom – przyp. aut.) i nie przynoszą nam satysfakcji” . Więc, dlaczego muszą cierpieć i kobiety, skoro tych wojen nie pragną? Progres cywilizacyjny, globalizacja i równouprawnienie płci – to wszystko może zapobiec kolejnym wojnom, bo wojna to zło absolutnie niekonieczne. Niezbędny jest nam odpowiedni, różny od dotychczasowego, model kształcenia młodych ludzi, na co zwraca dobitnymi słowy Vorginia Woolf w „Trzech Gwineach”: „Musicie wpajać młodzieży wstręt do wojny. Szkoła musi wpajać młodzieży poczucie, że wojna jest nieludzkim i niedopuszczalnym bestialstwem” . Trudno nie przyznać temu racji, uwierzyć w tę tezę, zakodować ją, przyswoić i kultywować.

Jakie jest więc rozwiązanie? Cóż nam pozostaje? Co powinny zrobić kobiety, co mężczyźni? Co jest w końcu złe, a co dobre? Trudno znaleźć jednoznaczną, jedynie dobrą i trafną, odpowiedź. Choć borykamy się z kwestią kobiet i mężczyzn od niepamiętnych czasów, sprawa te nie została jeszcze na tyle zbadana, by móc ją w jednoznaczny sposób rozwiązać. Mężczyźni i kultura patriarchalna była zła i niepoprawna – od tego na pewno musimy wyjść w rozważaniach, jeśli chcemy do jakiegokolwiek konsensusu dotrzeć. Jak ją jednak zmienić, udoskonalić nasz świat, zbliżyć do utopii, ideału szczęścia i równości? Wiele było przypuszczeń, jak jakąkolwiek idyllę stworzyć, i wszystkie spaliły na panewce. Podobnie będzie ze sprawą kobiet i mężczyzn. Ale od czegoś już wychodzimy, potrafimy krytykować w pozytywny filozoficznie sposób. Ta krytyka męskiego świata nam coś daje, postępujemy choć krok naprzód. Czy jednak feminizm lesbijski z jego założeniami („Feministki lesbijskie sądzą, że każdy związek kobiety z mężczyzną jest opresywny. Według nich heteroseksualizm to jeden z elementów patriarchatu; często feminizm lesbijski wiąże się z całkowitym separatyzmem i wyborem erotycznej społeczności kobiet; społeczność kobiet identyfikujących się z kobietami i wspierających ekonomicznie, politycznie, seksualnie to w przekonaniu lesbijek-feministek alternatywa dla heteroseksualności i patriarchatu.” ) nie jest półkrokiem poczynionym w tył? W tym momencie nie wychodzi się poza ramy narzekania na mężczyzn, wytykania im błędów i wypowiadania zgryźliwych uwag w ich kierunku, co jest jakąś formą krytyki, ale nie daje żadnego rozwiązania. Taka postawa jest filozoficznie negatywna. Zemsta na rodzaju męskim jest zupełnie bezsensowna (śmieją się z niej same pisarki-feministki, jak na przykład w przypadku Dubravki Ugrešić, która w swej książce „Forsowanie powieści-rzeki” umieściła ironiczny opis sytuacji: oto trzy literatki przywiązują do hotelowego łóżka nagiego krytyka Łuskacza i dokonują długo wyczekiwanej zemsty na mężczyznach i szowinistycznych poglądach zmaterializowanych w osobie Łuskacza ). Ciągłe ataki i zarzuty wyrzucane raz z jednej na drugą stronę, a raz odwrotnie, przypomina dziecięcą zabawę rzucania kamieniami, tylko w tym przypadku może nie skończyć się wybitą u sąsiadów szybą czy pokrwawionym zadartym noskiem, ale zagładą całego świata. Wymagajmy od ludzi dorosłych dorosłego myślenia i postrzegania. Wyciągajmy konsekwencje z czyichś postępków. Załóżmy szaty zdrowego cynizmu i autokrytyki. Wszystko to bowiem potrzebne jest, żeby trzeźwo patrzeć na otaczającą nas rzeczywistość i nie dać się zwieść. Bądźmy odpowiedzialni za nasze słowa i czyny, sami się do tej odpowiedzialności przyznawajmy i pociągajmy.

część 5 CIĄGŁA WALKA, CZYLI KOBIETA vs MĘŻCZYZNA I ODWROTNIE

Zabawnie ta specyficzna walka między kobietami i mężczyznami wypadła w powieści „Perswazje” osławionej angielskiej pisarki Jane Austen. Jedni z bohaterów tej historii, Anna Elliot (reprezentująca, naturalnie, stronę kobiecą) oraz kapitan Harville (reprezentant męskiej części ludzkiej populacji) kłócą się o to, która płeć jest ważniejsza i która bardziej cierpi z powodu niestałości drugiej (oczywiście, i Anna Elliot i kapitan Harville wychwalają bądź pochylają się nad swoją połówką społeczeństwa). W końcu Anna (co również jest chyba znamienne) dochodzi do niesamowicie mądrej i dojrzałej (choć przecież tak oczywistej i prostej w swej treści i strukturze) konkluzji: „Każde z nas jest trochę stronnicze ze względu na swoją płeć. I ta stronniczość sprawia, że widzi przede wszystkim przypadki przemawiające za jego własną tezą. A wielu przypadków (i to szczególnie tych najbardziej wymownych) przytoczyć nie sposób, jeśli się nie chce zdradzić czyjegoś zaufania albo powiedzieć czegoś, co nie powinno być powiedziane” . Jakie można więc wysnuć przypuszczalne rozwiązanie konfliktu pozycja kobiety / pozycja mężczyzny? Z pomocą przybywa znów Jane Austen i jej bohaterka, panna Elliot, która mówi dalej: „Mam nadzieję, że potrafię oddać sprawiedliwość pańskim uczuciom i uczuciom tych, którzy są do pana podobni (czyt.: mężczyznom, przyp. aut. pracy) Broń Boże, bym miała kiedykolwiek cenić gorących i wiernych uczuć jakiegokolwiek człowieka! Zasługiwałabym na potępienie, gdybym twierdziła, że tylko kobiety zdolne są do szczerego przywiązania i stałości. Wierzę, że jesteście zdolni do rzeczy wielkich i dobrych w małżeńskim życiu. Wierzę, że jesteście zdolni i do wysiłku, i do wyrozumiałości...” Należy przyznać, że jest to bardzo zdrowe podejście do omawianej kwestii. Jane Austen, która włożyła swe przemyślenia w usta Anny Elliot, daje nam jasno do zrozumienia, że w komunikacji męsko-damskiej najważniejsza jest tolerancja, akceptacja, przynajmniej próba pojęcia, o co właściwie tej drugiej płci chodzi. Należy słuchać, by cokolwiek sobie uświadomić, coś zmienić, uzmysłowić, pełniej spojrzeć na świat. Ale do zmiany potrzebna jest aktywność.

część 6 KU ZGODZIE

A więc krokiem drugim jest niewątpliwie umiejętność słuchania drugiej osoby. Co, jeśli słuchamy, a niczego nie rozumiemy, bo patrząc przez pryzmat swojej płci, ciężko jest nam pojąć, dlaczego tak a nie inaczej myśli/czyni reprezentant/reprezentantka płci przeciwnej? Virginia Woolf próbuje te kwestię wyjaśnić, przybywając nam z rozwiązaniem. Rozwiązanie to jednak jest trudnym krokiem, który mógłby być krokiem trzecim i nawet... ostatnim ku rozwiązaniu zagadnienia konfliktu męsko-damskiego. Sposób ten bowiem jest ciężki w pojęciu w ogóle. Wymaga od nas niebywałego wysiłku umysłowego, solidnej wiedzy, obycia, erudycji, tolerancji, jakiegokolwiek poczucia sprawiedliwości a przede wszystkim: elastyczności. A nie każdy może się podpisać pod wyżej wymienionymi wartościami. V. Woolf wskazuje to rozwiązanie, myśląc o kwestii męskiego bądź żeńskiego pisania: „Bycie (w pisaniu – przyp. aut. pracy) tylko i wyłącznie kobietą albo tylko i wyłącznie jest rzeczą zgubną; trzeba być osobą kobiecą-męską albo męsko-kobiecą” Odnosząc to twierdzenie nie tylko w stosunku do tworzenia dzieła literackiego, ale również do rzeczywistości, wyłuskujemy nowy wymiar myślenia, nowy kierunek w zażegnaniu konfliktu damsko-męskiego. Woolf zwraca nam uwagę na swego rodzaju androgynizm, który pozwala na wyższy stopień percepcji i zdolność do mądrzejszych, dojrzalszych, pełniejszych, prawdziwszych konkluzji. Tak pisze o zrównoważeniu pierwiastka męskiego i żeńskiego: „Poezja powinna mieć zarówno ojca, jak i matkę” , a więc umysł pisarza powinien być obupłciowy, by stworzyć coś wielkiego i ponadczasowego. W rzeczywistości powinniśmy się zachowywać zupełnie podobnie. Bo tylko wyjście ponad swoją męskość i ponad swoją żeńskość da nam trzeźwą, obiektywną i przez to prawdziwą, nieskalaną perspektywę patrzenia. Jeszcze jedna kwestia do rozwiązania to ta, czy wybrać obupłciowość czy bezpłciowość. Zważywszy, że znaczną część naszego świata uwarunkowana jest przez płeć i to nie kulturowo, ale zupełnie naturalnie, bezpłciowość byłaby czymś sztucznym, wydumanym i przez to znowu zakłamanym. Żeby pozbyć się więc ogólnoświatowej hipokryzji, zakłamania i naginania praw, autorytarnego powiększania obszaru swojej władzy, należy myśleć androgynicznie, obupłciowo. Czy nam się to uda, czy nie, zależy przede wszystkim od elastyczności naszego umysłu. Tak swoje obserwacje na ten temat kreśli Woolf: „Zarazem jednak (...) zadałam sobie pytanie, czy fizycznej odmienności płci nie towarzyszy analogiczna, umysłowa odmienność płci oraz czy nawiązanie między nimi porozumienia nie jest równie niezbędne dla osiągnięcia pełni szczęścia, jak związek fizyczny. I nakreśliłam po dyletancku projekt duszy. W której współwystępują oba czynniki: czynnik męski i czynnik żeński, przy czym w umyśle mężczyzny czynnik męski góruje nad żeńskim, a w umyśle kobiety – czynnik żeński nad czynnikiem męskim. Normalny i naturalny stan bycia osiąga się wtedy, gdy oba czynniki osiągają wzajemną harmonię, duchowo ze sobą współdziałając. U mężczyzny jego żeńska część mózgu musi mieć prawo głosu, zaś kobieta musi się komunikować z tkwiącym w niej mężczyzną” . Ten długi cytat wskazuje na to, że to, co napisałem wyżej, jakkolwiek zabrzmiało to „chmurno i durno”, idealistycznie, Woolf wyjaśnia w prosty sposób. Przyznaję absolutną rację Virginii. Zresztą, nie pierwsza Woolf mówiła o tym. A i w Polsce mamy na taki androgynizm przykłady w pisarstwie i osobie (sic!) Marii Komornickiej (która często miewała, nazwijmy je za lekarzami, kłopoty z określeniem własnej seksualności). Autorka artykułu „’Lepsza’ kobiecość w tekstach Marii Komrnickiej” pisze (za prof. medycyny Aleksandrem Oszackim, kuzynem Marii Komornickiej) o podziale sposobu pisania na męski i żeński: „Po stronie kobiety dominuje bezpośredniość przeżywania, „soczystość życia”, umiejętność zachowania równowagi egzystencjalnej, instynktowna mądrość, empatia, potrzeba ładu i konwencjonalnego piękna. Po stronie mężczyzny dokonuje się pewne odmaterializowanie bytu; cechuje go oschłość, intelektualizm, ekscentryczność w wyborze lub tworzeniu etycznych i estetycznych kanonów.” Virginia Woolf przekonuje, że należy łączyć w jedno te pierwiastki, bo „takie zespolenie maksymalnie zapładnia umysł, uruchamia wszystkie jego możliwości” .

Jeżeli umysłowy androgynizm jest jedynym (jaki do tej pory zdołano stworzyć) tak dobrym rozwiązaniem, to w jaki sposób można do niego dotrzeć, jak sprawić, by mało elastyczny umysł jednych ludzi przerodził się w bardziej elastyczny umysł, jaki posiadają inni? Kinga Dunin w „Karocy z dyni” przytacza uwagę Mary Pipher, autorki psychologicznego poradnika poświęconego wychowaniu dziewcząt „Ocalić Ofelię”, którą w tym miejscu pragnąłbym się posłużyć: „(...) socjalizacja dziewcząt w naszej kulturze sprowadza się do zniszczenia zdrowych, androgynicznych cech ich osobowości i narzucenia kulturowego stereotypu kobiety” . Nie inaczej jest, chyba można się ze mną zgodzić, w wypadku wychowania chłopców, których od niemowlęcia wciska się w majtkowoniebieskie (obowiązkowo!!!) śpiochy i podsuwa pod nos plastikowe pistolety i zdalnie sterowane samochody (koniecznie modele dopiero co wypuszczonych na rynek realnych aut). W Szwecji istnieją specyficzne przedszkola, w których nie ma podziałów ze względu na płeć, wszystkie dzieci traktowane są jako... dzieci właśnie, nie dziewczynki czy chłopcy. Do lamusa odeszły tam przymusy absurdalnego dzielenia kolorów na dziewczęce czy chłopięce, tak samo przedstawia się sytuacja z zabawkami. Wydaje mi się to całkiem dobrym rozwiązaniem. Bo musimy mieć na uwadze, że czasy tężyzny fizycznej jako wykładnika wielkości i przydatności człowieka dawno już minęły. Tradycja jest dobra, o ile uczymy się na jej błędach. Człowiek zmienił się nie do poznania na przestrzeni wieków, jest zupełnie inny niż jego prehistoryczni antenaci. W dzisiejszych czasach to umysł jest ważny, a nie siła fizyczna (w każdym razie do tego się dąży). Cóż warte są w tym wypadku różowe topy dziewcząt i plastikowe pistolety chłopców? Absolutnie nic. Bo wychowywanie kolejnych Kopciuszków, czekających na to, kiedy nadejdzie (i czy w ogóle nadejdzie!) książę albo wojowników, którzy już, już niedługo, zamienią swe plastikowe pistolety na prawdziwe kalashnikov’y, jest bezsensowne, bo nic nie wnosi, nie rozwija, nie prowadzi nas, ludzi dalej. A do rozwoju, przecież, jesteśmy stworzeni. To progres jest wykładnikiem naszego jestestwa, naszej „małej stabilizacji” pośród otaczającej nas przyrody, naszym kompromisem z naturą. Naszym – nie kobiet i nie mężczyzn. Naszym – ludzi.

Saule Pavasaris

BIBLIOGRAFIA
· Virginia Woolf, Własny pokój, trzy gwinee, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2002.
· Kinga Dunin, Karoca z dyni, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2002.
· Dubravka Ugrešić, Kultura kłamstwa, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1998.
· Dubravka Ugrešić, Stefcia Ćwiek w szponach życia, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2002.
· Dubravka Ugrešić, Forsowanie powieści-rzeki, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2005,
· Vedrana Rudan, Miłość od ostatniego wejrzenia, Drzewo Babel, Warszawa 2005.
· Jane Austen, Perswazje, Prószyński i S-ka, Warszawa.
· Margaret Mitchell, Przeminęło z wiatrem, Prószyński i S-ka, Warszawa 2003.
· Modernizm i feminizm, red. nauk. Eugenia Łoch, wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej, Lublin 2001.
· Maria Komornicka, Utwory poetyckie prozą i wierszem, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1996.
· Edward Boniecki, Modernistyczny dramat ciała: Maria Komornicka, Wydawnictwo IBL, Warszawa 1998.
· Aneta Kapelusz, Historia baby z wąsami czyli feminizm wczoraj i dziś, http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,5011, 14 I 2008, g. 16.30.

Dodane przez Saule Pavasaris dnia 31-08-20080 Komentarzy ˇ 725 Czytań - Drukuj
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Różne
AKCJE BIAŁEJ ŁECHTACZKI, czyli sprawdź, co robimy

KONKURSY

WASZE PRACE, czyli Ty przesyłasz, my publikujemy

WSPÓŁPRACA
Cytat miesiąca
"Zostałam feministką w alternatywie wobec zostania masochistką ." Sally Kempton
Ankieta
Czy jesteś za związkami partnerskimi dla par jednopłciowych?

tak

nie

tak, ale nie w Polsce

Musisz się zalogować, żeby móc głosować w tej Ankiecie.


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie