BIAŁA ŁECHTACZKA: NIE nierówności, stereotypom i nietolerancji
 
Wszystko, co z tematem związane
FEMINIZM, czyli co dzieje się z połową naszego (i nie tylko naszego) społeczeństwa

MASKULIZM, czyli co dzieje się z drugą połową naszego (i nie tylko naszego) społeczeństwa

ŁAMIEMY NIEZŁAMANE, czyli odkrywanie tajemnic (nie tylko poliszynela)

CZYTELNIA, czyli czytaj

RECENZJE, czyli polecamy książki, filmy, muzykę itd. o tematyce nam bliskiej

SŁOWNICZEK, czyli WIEDZ WIĘCEJ!
Kolekcje
OSÓB ZWIĄZANYCH Z FEMINIZMEM, czyli kto, kiedy i co zrobił

OSÓB ZWIĄZANYCH Z MASKULIZMEM, czyli kto, kiedy i co zrobił

REPREZENTANTÓW SPOŁECZNOŚCI LGBT, czyli sławne persony
Kontakt
KONTAKT z Białą Łechtaczką
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 29
Najnowszy Użytkownik: Joshveins
"PEJZAŻ POST(NIE)ABORCYJNY Z RUMUNEM W TLE"
Za nadesłaną pracę autorce - Annie Motreanu - gorąco dziękujemy!

PEJZAŻ POST(NIE)ABORCYJNY W RUMUNEM W TLE

Uprawianie seksu bez zabezpieczenia jest jak pozowanie do wylotu lufy na poligonie wojskowym. I choć ze świecą szukać takiego, który chciałby na ochotnika zostać kaczką do odstrzału, wielu kocha się, ryzykując trafienie.

Nawet pozornie oczywista korelacja wieku i rozumu w sferze miłosnych uniesień często nie występuje. Różnica między tokiem myślenia 17-latków i 25-latków jest nieraz żadna, a czasem nawet młodszy osobnik wykazuje się większą odpowiedzialnością. Bo mimo że w kwestii niechcianych ciąż cała nagonka skierowana jest tradycyjnie na bardzo młode niewiasty, problem ten jest także aktualny w środowisku 20- i 30-latek.

Moja jak najbardziej nie planowana ciąża przytrafiła mi się w wieku lat 24. Z samego faktu, że byłam wtedy studentką zagranicznej uczelni, można byłoby wywnioskować, że posiadam co najmniej średni poziom inteligencji, a w związku i z czym - roztropności. Teoretycznie. Dałam się porwać w miłosny tan w charakterze tej nieszczęsnej kaczki. No i cóż, oberwałam.

Co ciekawe, absolutnie nie podejrzewałam, że jestem w stanie błogosławionym. Dopiero dwie wyraźnie zarysowane kreski testu, który zrobiłam raczej w celu uspokojenia mojego ówczesnego chłopaka niż po to, by uspokoić samą siebie, dały mi do myślenia. A było to myślenie chaotyczne i pełne paniki. Byłam niedoszłą panią inżynier produkcji, mieszkającą w duńskim akademiku, utrzymującą się z dorywczej pracy i zakochaną w rumuńskim studencie. Niedługo miałam wkroczyć w już drugie ćwierćwiecze swojego życia, ale tak naprawdę nie miałam nic stabilnego.

„Rozregulowana gospodarka hormonalna organizmu”

Umówiłam się na wizytę do lekarza rodzinnego, modląc się w duchu, że moja ciąża to pomyłka. Przed wizytą obsesyjnie szusowałam po internecie sprawdzając, jakie są szanse, że test mógł się mylić. Pokrzepiałam się w myślach opowieściami moich koleżanek, które słyszały od kogoś, że ktoś słyszał od kogoś, że jednej dziewczynie test wykazał stan błogosławiony, a okazało się, że miała po prostu rozregulowaną gospodarkę hormonalną organizmu. Tak więc „Rozregulowana gospodarka hormonalna organizmu” stała się moim nowym orężem w walce przeciwko popadnięciu w szaleństwo.

Przydzielonego mi duńskiego lekarza (każdy student zagraniczny dostaje w Danii prawo do lekarza i do darmowej opieki medycznej), sympatycznego pana po 50. nie widziałam nigdy wcześniej na oczy. Tym bardziej krępowała mnie cała wizyta. Posłusznie przyniosłam do analizy produkt mojej porannej łazienkowej aktywności, a pan doktor wykorzystał go w sobie znany sposób i po minucie ogłosił werdykt. Pozytywny. - Ale może rozregulowana gospodarka hormonalna organizmu - próbowałam wymamrotać, lecz lekarz był bezlitosny. Ciąża.

Zaczęłam się zbierać do wyjścia próbując uspokoić moje walące histerycznie jak gołąb w klatce serce i równocześnie zastanawiając się, w jaki sposób oznajmić nie radosną nowinę mojemu chłopakowi, czekającemu na korytarzu, kiedy lekarz zatrzymał mnie zdziwiony. Wizyta wcale nie dobiegła końca, bo przecież miałam oznajmić, co zamierzam zrobić. - A cóż mogę zrobić? - spytałam niemal filozoficznie. Byłam przecież Polką, a w Polsce można tylko urodzić. Jak się jednak okazuje, Dania, to nie Polska. Pan doktor, głosem czysto urzędowym oznajmił mi, że jeżeli chcę dokonać aborcji to prawdopodobnie może się to odbyć już w następnym tygodniu. Zostanie mi zaaplikowana tabletka. Widząc moja zdezorientowana minę, dodał, że jeżeli potrzebuję więcej czasu na decyzję, to ostatecznym terminem jest styczeń, gdyż w Danii zabieg aborcyjny można przeprowadzać do momentu, gdy płód nie ukończył 12 tygodni. I mam do niego zadzwonić, to mi zarezerwuje miejsce w szpitalu. Wiem, że wiele dziewcząt w takiej sytuacji marzyłoby o zamianie ze mną na miejsca. Ale ja… no właśnie, tu tkwiła cała ironia zaistniałego zdarzenia. Ja całe życie byłam zdecydowaną przeciwniczką aborcji…

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia...

Stara prawda dźwięczy mi teraz w uszach, tak jak dźwięczała w tamte długie październikowe dni – nie bądź stuprocentowo pewien siebie i swojego zachowania, dopóki sam nie znajdziesz się w sytuacji, której ta pewność dotyczy. Zawsze byłam pewna, że w sytuacji kolokwialnie mówiąc „wpadki”, nawet przez myśl mi nie przejdzie możliwość wykonania zabiegu. Jak się jednak okazało, będąc w obcym kraju, gdzie aborcja jest nie tylko legalna, ale i moralnie akceptowana, zostałam wystawiona na pokuszenie. Nie chciałam dziecka. Mój ówczesny chłopak pozostawił mi podjęcie decyzji, ale nie ukrywał, że jest za zabiegiem. Dla niego płód nie był człowiekiem, więc nie posiadł dylematów natury etycznej. Przez trzy dni biłam się z myślami, przeżywając największe psychiczne tortury w swoim życiu, gdzie do walki przystąpiły moja moralność i mój ludzki egoizm. Czytałam dużo w Internecie, ostrożnie omijając strony antyaborcyjne i dokształcając się w czysto technicznych kwestiach zabiegu. Wiedziałam, że jeżeli się zdecyduję na aborcję, to tylko do czasu, kiedy możliwe jest jej przeprowadzenie za pomocą tabletki. Na jakiekolwiek inne metody nie wystarczyłoby mi nerwów.

„Naturalna aborcja”

Czym jest ta osławiona tabletka? Symbolem tzw.”naturalnej” aborcji, gdyż powoduje sztuczne poronienie. Nie jest metodą inwazyjną, tylko farmakologiczną. Kobieta po wszystkich koniecznych badaniach, które wykażą, że nie ma medycznych przeciwwskazań, przyjmuje na początek u lekarza jedną tabletkę, a po trzech dniach (już w domu) drugą. W około 88 proc. - 96 proc. przypadków (zależnie od typu pigułki) dochodzi do poronienia, jeśli tak się nie dzieje, zabieg trzeba dokończyć metodą próżniową. Ryzyko długotrwałych powikłań jest niewielkie. Metoda może być stosowana do 9 tygodnia ciąży. W Danii jest to metoda bardzo popularna i oczywiście finansowana przez tutejszy urząd zdrowia.

A w Rumunii...

Opcja „Naturalnej aborcji” na wyciągniecie ręki trzymała mnie w impasie. Mimo swoich poglądów nie byłam w stanie kategorycznie odrzucić tego wariantu. Oliwy do ognia dolewał mój partner, który nie widział w zabiegu problemu, bardzo możliwe, że przez aborcyjną historię jego własnego kraju. Za czasów komunizmu, kiedy Rumunią władał Nicolae Ceauşescu, aborcja była nielegalna. Ba, nawet antykoncepcja była nielegalna! Kobietom pozostawało pilne wyliczanie dni niepłodnych, mierzenie temperatury, albo obserwacja śluzu. Jako że skuteczność wymienionych wyżej metod jest relatywnie niska, epidemia ciąż szalała na dużą skale.

Efekt ten cieszył niezwykle “Wodza” (tak kazał się mianować Ceauşescu), gdyż ograniczenie kontroli programu urodzeń miało przyczynić się do zwiększenia liczebności populacji kraju (był to jeden z punktów planu, który miał uczynić z Rumunii samowystarczalne mocarstwo). Warunki do rodzenia i wychowywania dzieci – to już była inna historia. Dlatego kobieta w ciąży miała trzy opcje – urodzić i wychować, urodzić i oddać do domu dziecka, albo usunąć. A jako że trzecie wyjście było nielegalne, było też wysoce niebezpieczne. W głowie utkwiła mi szczególnie jedna historia, opowiedziana przez mojego partnera. Mianowicie, jego ojciec uczył się w szkole podstawowej z chłopcem, którego mama zaszła w ciążę. Czwartą ciążę. Jako, że ich sytuacja materialna była już tragiczna (o ile się nie mylę, pokój z kuchnią), nie mieli absolutnie żadnych warunków na przyjęcie jeszcze jednego członka rodziny. Kobieta poszła do szpitala poprosić o wykonanie zabiegu, gdyż w tamtych czasach można było przeprowadzać aborcje, gdy dziecko miało być już piątym z potomstwa. Nie pomogły jednak próby przekonywania i płacze. Do zabiegu “brakowało” jej jednego dziecka.

Zdecydowała się więc na zabieg w nielegalnym, aborcyjnym podziemiu, i jak to często się zdarzało, coś poszło nie tak. I tu rozegrał się prawdziwy dramat, gdyż prawo nie tylko zabraniało aborcji, ale także i opieki medycznej dla tych, które przeprowadziły nielegalny zabieg. Dlatego też, przywiezionej do szpitala, wykrwawiającej się na śmierć kobiecie nikt nie mógł pomóc. Należy tu dodać, że każdy szpital miał przydzielonego tzw. policjanta politycznego, który odgórnie kontrolował takie przypadki (przykładowo, narzędzia do wykonywania aborcji były zapieczętowane w specjalnych torbach, które można było otworzyć tylko w jego obecności. W wypadku otwarcia torby bez jego wiedzy, lekarzowi groziło więzienie). Tak więc kobieta umarła w szpitalu, pozostawiona sama sobie i w ten sposób zostawiła męża, i osierociła trójkę dzieci.

Ten przypadek to tylko kropla w morzu dramatów, które rozegrały się w Rumunii w związku z propagowaną karykaturą prorodzinnej polityki. Dzieci, które z kolei przychodziły na świat niechciane, zapełniały domy dziecka, które standardem dorównywały tym, które dziś możemy oglądać w Bagdadzie (od ilości dzieci i warunków w sierocińcach wzięło się przecież pojęcie “rumuńskie sieroty”). Dlatego też po upadku komunizmu, kraj przyjął z ulgą nie tylko legalizację antykoncepcji, ale także i aborcji. W opinii wielu Rumunek (i Rumunów) w wypadku niechcianej ciąży aborcja jest najlepszym wyjściem. Biorąc pod uwagę to, czego doświadczył w tej kwestii ich naród - trudno im się dziwić.

Decyzja

Po trzech dniach decyzja została w końcu podjęta. Na rozwiązanie dylematu wpłynęła zmiana stanowiska mojego ówczesnego chłopaka, który po wielu przemyśleniach stwierdził, że skoro mam się tak męczyć to on już woli żebym urodziła to dziecko. Mentalne kajdany, które sama na siebie nałożyłam, pękły. Wtedy to zdałam sobie sprawę z tego, że dużo wątpliwości miało swoje źródło w obiekcjach mojego partnera. I wbrew pozorom nie chodziło o to, że decydując się na donoszenie ciąży, mój chłopak może mnie opuścić, ale o to, że moją decyzją mogę zmienić diametralnie czyjeś życie. Życie przyszłego ojca.

Zdecydowanie za mało uwagi poświęca się w dyskusji o aborcji ojcom poczętych dzieci, wychodząc z założenia, że są to chodzące kontenery na spermę, które zajmują się na co dzień zapładnianiem i zwijaniem manatek gdy do owego zapłodnienia w końcu dojdzie. Mój partner nie chciał być ojcem. To, że w razie mojej decyzji o urodzeniu dziecka, mógłby odejść, wcale nie należało do meritum sprawy. Zachowanie dziecka, oznaczało bowiem uczynienie go ojcem bez jego własnej woli, niezależnie od tego gdzie w przyszłości rzuciłby go los. Ta moc, niechciana władza nad kształtem życia mężczyzny, którego dodatkowo przecież kochałam, ubezwłasnowolniła mnie w kwestii podjęcia decyzji. Kiedy jednak w końcu otrzymałam "błogosławieństwo" mogłam już z czystym sumieniem podjąć decyzję o utrzymaniu ciąży.

Oczywiście kwestia ojcostwa to dylemat działający w obie strony. Co z mężczyznami, którzy chcą zachować dziecko, a ich partnerki mimo wszystko poddają się zabiegowi aborcji? W Polsce dużo mówi się o tym, że o kobietach i ich "macicach" decyduje grupa tzw. "urzędasów" w garniturach i to do tego płci męskiej. I jest to rzeczywiście smutna prawda. Z drugiej jednak strony, w krajach takich jak Dania, o losie ciąży ma prawo decydować tylko kobieta, gdyż to ona wybiera zabieg lub poród. W przypadku aborcji, zgoda ojca nie jest wymagana. Dochodzi więc do pewnego paradoksu - z jednej strony domagamy się, by mężczyźni brali większą odpowiedzialność za swoje "niecne" czyny, a z drugiej - pozbawiani są głosu w kwestii swojego przyszłego ojcostwa. I nie odnoszę się tutaj do głosu polityków, lekarzy czy księży, ale indywidualnego głosu w indywidualnej sprawie.

Aftermach

Dziś moja córka ma już prawie dwa lata. Mój chłopak został moim mężem i jest obecnie najszczęśliwszym ojcem na świecie. Tak, ta historia skończyła się szczęśliwie. Ale wcale nie musiała.

Obserwuję debaty na temat aborcji w naszym kraju, oraz rozwiązania zastosowane w innych państwach i do dziś nie jestem w stanie osądzić, kto ma w rękach monopol na sukces. Mimo że dalej w sercu uważam, iż poczęte dziecko to człowiek mający prawo do życia, rozwiązania rumuńskich władz wydają mi się jak najbardziej słuszne. Rumunia zdaje sobie sprawę z tego ile krzywd i cierpienia sprawił całemu narodowi Ceauşescu swoją "prorodzinną polityką" - a jeśli zawodzi ich pamięć, mogą tylko zajrzeć w raporty dotyczące sierocińców z początku lat 90. Dziś także nie są w stanie zapewnić świetnych warunków przyszłym matkom, więc jedyne co mogą zrobić to dać im wolny wybór. Na drugim biegunie stoi Polska, ze swoim prawem antyaborcyjnym i intensywną prorodzinną kampanią społeczną, która - niestety - wygląda ładnie tylko na papierze. Warunki socjalne mamy porównywalne z Rumunią, ale decydujemy się na przymuszanie kobiet w niekiedy tragicznych sytuacjach materialnych do rodzenia dzieci, które skazane są od pierwszych chwil na nędzę.

A pośrodku stoi Dania - kraj, który byłby z pewnością przez wielu księży i przeciwników aborcji potępiony za legalizację tegoż zabiegu. Ale też i kraj, który otacza przyszłą matkę troską i opieką, zapewniając pomoc materialną, finansową i psychologiczną. Kraj w którym studenci, samotne matki i ludzie biedni nie boją się mieć dzieci, gdyż wiedzą, że ich własne państwo zrobi wszystko, by im pomóc to dziecko nie tylko dobrze wychować, ale i godnie wychowywać. Kraj w którym miałam szczęście przebywać, gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży.

Anna Motreanu
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Różne
AKCJE BIAŁEJ ŁECHTACZKI, czyli sprawdź, co robimy

KONKURSY

WASZE PRACE, czyli Ty przesyłasz, my publikujemy

WSPÓŁPRACA
Cytat miesiąca
"Zostałam feministką w alternatywie wobec zostania masochistką ." Sally Kempton
Ankieta
Czy jesteś za związkami partnerskimi dla par jednopłciowych?

tak

nie

tak, ale nie w Polsce

Musisz się zalogować, żeby móc głosować w tej Ankiecie.


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie